Adaptacja wielojęzycznej jednolatki w szwedzkim przedszkolu

We wrześniu tego roku nasza roczna córeczka (Polko-Włoszka) poszła do szwedzkiego przedszkola. Chociaż początki były trudne, po kilku tygodniach zaadaptowała się do nowego miejsca i ludzi i teraz bardzo chętnie chodzi do przedszkola. Jak przebiegła u nas adaptacja i co mnie zaskoczyło? Poniżej opisuję Wam nasze doświadczenia i pokazuję zdjęcia przedszkola

Początki adaptacji w szwedzkim przedszkolu

Nasza córka poszła do szwedzkiego publicznego przedszkola (w Lund) niedługo po ukończeniu pierwszego roku życia. Aplikację wypełniliśmy w lutym, aby w marcu dowiedzieć się o tym, że dostała się do wybranej przez nas placówki (o wyborze pisałam tutaj: https://polskamamazagranica.blogspot.com/2020/08/urlop-rodzicielski-i-wybor-przedszkola.html). Jest to przedszkole, gdzie dzieci co najmniej dwa razy dziennie wychodzą na dwór i co najmniej raz w tygodniu wychodzą poza obszar placówki. Poza tym chodzi tam sporo szwedzkich dzieci, ale i dzieci o imigranckim pochodzeniu. Przedszkole jest małe, chodzi do niego mniej niż 30 dzieci podzielonych na dwie grupy wiekowe. W każdej grupie są trzy nauczycielki. Nasza córka jest w grupie dla najmłodszych, gdzie jest 13 dzieci.

Wnioskowaliśmy o miejsce w przedszkolu od 1 września, ale córkę przyjęto od 8 września (wtorek). W szwedzkim przedszkolu nie ma jednej daty, kiedy dzieci zaczynają przedszkole. Teoretycznie można zacząć w każdym miesiącu, w praktyce musi oczywiście najpierw zwolnić się miejsce, aby naukę rozpoczęło kolejne dziecko. Zajęcia po letniej przerwie zaczynają się w połowie sierpnia. Podczas letnich miesięcy dzieci albo przebywają z rodzicami, albo w placówce zbierającej dzieci z różnych przedszkoli. 

COVID-19 a adaptacja w przedszkolu

Adaptacja w szwedzkim przedszkolu zazwyczaj odbywa się według dwóch podstawowych schematów: długiego i krótkiego. Ten długi to tradycyjny schemat, podczas którego w ciągu dwóch tygodni rodzice stopniowo zostawiają dziecko pod opieką przedszkolanek na coraz dłuższe momenty. Jednak przy adaptacji długiej rodzic nie towarzyszy dziecku w przedszkolu. Zdobywająca coraz większą popularność adaptacja krótka zakłada z kolei całodzienną obecność rodzica przy dziecku przez trzy pierwsze przedszkolne dni. Po trzech dniach dziecko zostaje w przedszkolu samo na zdecydowane przez rodziców godziny. Jeśli płacze, rodzic musi to wytrzymać i szybko oddalić się od przedszkola przy pozostawaniu dziecka. Nasze przedszkole przeprowadzało tę krótką formę adaptacji, o czym zostaliśmy poinformowani mailowo na kilka miesięcy przed rozpoczęciem zajęć

Tak było w teorii, a praktyka okazała się inna. Częściowo przez COVID, częściowo przez protest naszej córki. Rekomendacje w związku z pandemią mówiły, że rodzice nie mogą towarzyszyć dzieciom wewnątrz przedszkola. Cała adaptacja miała odbywać się na zewnątrz. Dowiedzieliśmy się o tym przypadkowo na dzień przed rozpoczęciem przedszkola, kiedy mój mąż zaszedł z córką do przedszkola, żeby dopytać się o kilka ostatnich informacji. Byłam niemile zaskoczona faktem, że nie będę mogła z córką odbyć normalnej adaptacji, ale przede wszystkim tym, że nikt nas o tym nie poinformował.

Oczywiście, nasz pierwszy dzień w przedszkolu, jak na złość, był mglisty i dżdżysty, jak możecie zobaczyć na poniższych zdjęciach. W związku z tym nasz deszczowy kombinezon i kalosze przydały się już pierwszego dnia. Jak mówią Szwedzi, nie ma złej pogody, tylko złe ubrania i w związku z tym, deszcz, śnieg, czy mróz nie są przeszkodą w zabawie na dworze. Na rodzicach spoczywa odpowiedzialność za odpowiednie przygotowanie ubioru dzieci. Kalosze, spodnie i kurtka oraz rękawiczki przeciwdeszczowe to konieczność przez cały rok. W lecie nosi się ich letnią wersję, zaś w zimie ocieplaną. Oprócz ubrań, rodzice zapewniają dzieciom również pieluszki (podobno w niektórych gminach pieluszki są zapewniane). 


Adaptację rozpoczęłyśmy z dwoma innymi dziećmi. Każdemu dziecku została przypisana nauczycielka, która była odpowiedzialna za jego zadomowienie się w przedszkolu. To ta osoba w pierwsze dni, ale i tygodnie przedszkola, wprowadzała malucha w świat placówki, brała na ręce, kiedy płakał, itp. Dzięki tej dedykowanej osobie dziecko już podczas pierwszych dni miało w przedszkolu kogoś, kogo darzyło zaufaniem. 

Na szczęście okazało się, że panie pozwoliły mi wejść razem z córką na trochę do przedszkola, chociaż izolowano nas jako nowe osoby od pozostałych dzieci, aby zminimalizować ryzyko zakażenia wirusem. Możliwość spędzenia z córką części dnia w przedszkolu była czymś nieocenionym. Mogłam poobserwować inne dzieci i panie przedszkolanki, zobaczyć dokładnie wszystkie pomieszczenia, spróbować jedzenia, które będzie jadła moja córka i zobaczyć zabawki, jakimi będzie się bawiła. Podczas trzech pierwszych dni towarzyszyłam córce cały czas, ale nasz czas w przedszkolu został skrócony z całego dnia do kilku godzin, po których byłyśmy wysyłane do domu. Czwartego dnia (w piątek) zostawiłam córkę samą, a ona już była tak zaznajomiona z miejscem i pewna siebie, że nawet nie chciała się ze mną pożegnać, tylko od razu poszła bawić się z dziećmi. Oczywiście, kiedy zorientowała się, że nie wracam, nie było już tak wesoło i musiałam ją odebrać z przedszkola już około 11.30 (przyprowadziłam ją do przedszkola o 9.30).

Po obiecującym pierwszym tygodniu, kiedy przez większość czasu towarzyszyłam córce, nadszedł kryzys. Drugi tydzień był dla nas na tyle ciężki, że mąż zastanawiał się, czy nie pójść na tacierzyński i opóźnić pójście córki do przedszkola o pół roku. W poniedziałek córka zaniosła się spazmami, kiedy zostawiłam ją w przedszkolu, po czym kompletnie odmówiła współpracy z przedszkolankami i dziećmi. Zastosowała strategię protestu, wyrażając w ten sposób swoją złość. Kompletnie odcięła się od grupy, nie chciała się z nikim bawić, chciała siedzieć w przedszkolnym wózeczku ze smoczkiem w buzi (w domu smoczka używa tylko do spania) i patrzyła na wszystkich spod oka. Ponadto kompletnie odmówiła spożywania jakichkolwiek posiłków i picia (przy mnie ze smakiem wszystko zjadała, więc nie była to kwestia przedszkolnego jedzenia). Pod koniec drugiego tygodnia powoli zaczęła się przełamywać i zaczęła jeść małe ilości. Nadal odbierałam ją jednak bardzo wcześnie, więc o zakończeniu adaptacji i jej trzydniowym trwaniu nie mogło być mowy.

Od trzeciego tygodnia powoli zaczęliśmy wydłużać pobyt córki w przedszkolu. Nadal jednak płakała, kiedy ją tam zostawialiśmy. Często, odbierając ją, znajdowaliśmy ją ze smoczkiem i siedzącą w wózeczku. Trochę mnie to niepokoiło, ale panie wytłumaczyły mi, że wózeczek daje córce poczucie bezpieczeństwa i że sama się go domaga. Na pierwszych zdjęciach córki z przedszkola często widać, że siedzi ze smoczkiem zapięta w wózeczku, podczas gdy inne dzieci biegają naokoło i się bawią. Córka nawet przytyła przez pierwsze tygodnie przedszkola, bo zamiast biegać z innymi, siedziała non stop w wózku. Na szczęście był to jedynie etap przechodni.

Adaptacja według mnie zakończyła się, kiedy córka przestała płakać, kiedy ją zostawiamy w przedszkolu. Nastąpiło to po pierwszych pięciu tygodniach w przedszkolu. Od tego czasu córka z uśmiechem rozstaje się z nami, czasem machając na pożegnanie, a czasem po prostu biegnąc do innych dzieci. Kiedy ją odbieramy, zazwyczaj bawi się z innymi i nie ma smoczka. Po dwóch miesiącach mogę z pewnością stwierdzić, że córka uwielbia przedszkole i chodzi do niego z uśmiechem. Jest najmłodszym dzieckiem w przedszkolu i jego prawdziwą gwiazdą. Wszyscy ją uwielbiają i witają i żegnają z uśmiechem i okrzykami zachwytu. 

Potencjalne problemy i jak sobie z nimi poradzono

Jak każdy rodzic, miałam mnóstwo obaw związanych z pójściem córki do przedszkola. Było też kilka kwestii, które nieco mnie niepokoiły i poniżej opiszę, jak sobie z nimi poradziliśmy.

Kiedy córka szła do przedszkola, jeszcze nie chodziła (jedynie przy meblach), ani nie stała samodzielnie. Poruszała się, głównie raczkując albo trzymając się mebli. Od znajomych słyszeliśmy, że powinniśmy jej dać dwa tygodnie w przedszkolu i będzie chodziła. I tak się stało. Podczas pierwszego tygodnia w przedszkolu, jeszcze w mojej obecności, zaczęła stawać sama bez popierania się, pod koniec drugiego tygodnia zaczęła chodzić. W przedszkolu dano jej wózeczek, na którym mogła się opierać. Dało jej to poczucie niezależności i mogła poruszać się sama bez niczyjej pomocy. Chociaż przez pierwszych kilka dni musiała nauczyć się, jak zawracać i skręcać. Teraz już biega bez problemu i już w czwartym tygodniu przedszkola grała z innymi w piłkę nożną, jak widzicie na załączonym obrazku. 

Poza tym, kiedy córka zaczynała przedszkole, karmiłam ją piersią kilka razy dziennie. Była jednak równocześnie przyzwyczajona do jedzenia normalnych posiłków. Po rozpoczęciu przedszkola problem karmienia rozwiązał się sam, córka bez problemu przestawiła się na normalne jedzenie podczas dnia. Bardzo lubi jeść i nie ma problemu z przedszkolnymi posiłkami. Jeśli chodzi o jedzenie, nasza córka miała lekką nietolerancję pokarmową. Po przedstawieniu zaświadczenia od lekarza kucharka przygotowuje jej odrębne posiłki. 

Kolejnym potencjalnym problemem było zasypianie. W przedszkolu dzieci jedzą obiad o 11 i zasypiają samodzielnie na materacach koło 12. Nasza córka była przyzwyczajona do drzemki około 13, 14 i na dodatek usypiała zawsze w naszych ramionach. Nie miała żadnej przytulanki, z którą udawałoby jej się usnąć. Rozwiązano to tak, że usypiała w ramionach pań przedszkolanek. Na początku, nie będąc przyzwyczajoną do ciągłego przebywania na dworze, często usypiała w wózeczku przed obiadem i potem znowu drzemała po południu. Po kilku tygodniach przyzwyczaiła się do nowego rytmu dnia i teraz w przedszkolu usypia samodzielnie, z przytulanką (w końcu udało nam się kupić coś, co zaakceptowała) i smoczkiem.


Córka przy pójściu do przedszkola mówiła pierwsze słowa, ale kompletnie nie znała szwedzkiego (poza powitaniem 'hej').  Wyszła z domu dwujęzycznego (polsko-włoskiego), w którym doskonale wszystko rozumiała i weszła do nowego środowiska, w którym nie rozumiała nawet podstawowych pojęć i komend. Mimo to zgodnie z zaleceniami przeczytanymi w książkach nie wprowadzałam jej w domu języka szwedzkiego, licząc na to, że po krótkim okresie adaptacji córka się dostosuje. I tak się stało. W drugim czy trzecim tygodniu wróciła do domu z pierwszym szwedzkim słówkiem: 'nej' (nie). Od pań przedszkolanek wiem, że po dwóch miesiącach rozumie już wszystko i do jej aktywnego słownika weszło już kilka nowych słówek szwedzkich, np. äpple (jabłko), titta (patrz), akta dig (uważaj). Co ciekawe, słów tych nie używa z nami w domu, więc gdzieś zakodowała sobie już, że po szwedzku mówi się w przedszkolu. O jej nowym słownictwie szwedzkim dowiadujemy się albo przez przypadek, słysząc jak mówi po szwedzku podczas odbierania jej z przedszkola, albo wypytując panie przedszkolanki.

Wielu rodziców boi się, że kiedy poślą dziecko do żłobka albo przedszkola, zacznie ono non stop chorować. U nas tak na szczęście nie było. Owszem, po kilku pierwszych dniach w placówce, córka wróciła do domu z katarem, ale nie było to coś, co przeszkodziłoby jej w normalnym funkcjonowaniu albo chodzeniu do przedszkola. To raczej my, dorośli, byliśmy chorzy po tym, jak córka poszła do przedszkola. W ciągu 2,5 miesięcy zdarzył się tydzień, kiedy ze względu na ostry kaszel przez kilka dni córka została w domu. Związane to było ze zwiększonymi restrykcjami dotyczącymi COVIDA-19, wg których dziecko, które ma jakiekolwiek symptomy choroby przez dłużej niż 24 godziny musi zostać w domu przez 7 dni. W przedszkolu powiedziano nam jeszcze przed adaptacją, że dzieci raczej rzadko chorują. Fakt, że przebywają dużo na dworze je hartuje, a poza tym wirusy mniej się roznoszą w otwartej przestrzeni. 

Kolejna obawa, jaką mogą mieć rodzice przed posłaniem dzieci do szwedzkiego przedszkola, to „oschłość" personelu. Czytałam w internecie opinie o przedszkolankach trzymających dystans do dzieci, nigdy ich nieprzytulających itp. Ja nie miałam obaw związanych z tym aspektem, ponieważ podczas wiosennej wizyty w przedszkolach widziałam, że większość personelu to osoby emanujące ciepłem. Przedszkola, w którym pani przedszkolanka zrobiła na nas średnie wrażenie, po prostu nie wybraliśmy w naszej aplikacji. W przedszkolu mojej córki nauczyciele biorą dzieci na ręce i przytulają. Widzę, że córka przyzwyczaiła się do personelu, chętnie z nimi spędza czas. Więc opowieści o "zimnych" skandynawskich przedszkolankach to w moich oczach mit. 

Zalety szwedzkiego przedszkola

W naszym przedszkolu podoba mi się, że dzieci sporo czasu spędzają na zewnątrz. W czasach pandemii nawet więcej niż zazwyczaj. Do budynku przedszkola dzieci wchodzą tylko na obiad i drzemkę. Pozostały czas spędzają na placu zabaw. Raz w tygodniu mają gimnastykę na świeżym powietrzu. Dwa razy w tygodniu córka wychodzi na tzw. wycieczkę. Może to być wspominana już gra w piłkę nożną na pobliskim stadionie albo wyprawa po zbieranie kasztanów i liści. Kiedy dzieci wychodzą na wycieczkę, zakładają odblaskowe kamizelki. Jesienią używały zebranych darów przyrody do artystycznych kompozycji i przygotowywania własnoręcznie wykonanych ślimaków (poniżej zdjęcie ślimaka ulepionego i pomalowanego przez naszą jednolatkę). 



W przedszkolu podoba mi się również fakt, że chodzą do niego dzieci z różnych kultur. Myślę, że tak jest w większości szwedzkich przedszkoli, bo w Szwecja to wielokulturowe społeczeństwo. Dodatkowo my świadomie wybraliśmy to przedszkole w naszej okolicy, gdzie chodzą dzieci o różnych kolorach skóry. Nasza córka nie jest jedynym dzieckiem, w którego domu nie mówi się po szwedzku i domowe języki są w przedszkolu szanowane, a wielokulturowość i wielojęzyczność są wspierane. Na jednej ze ścian widnieje specjalny dokument o tym, jak przedszkole współpracuje z dziećmi o innych językach, w głównej sali rozwieszone są flagi różnych państw i powitania w różnych językach. 





Ponadto przedszkole bezpłatnie dostarcza dzieciom siatki z zestawem książek dla dzieci w danym wieku (przedział 1-3 w naszym przypadku). W każdej z takich siatek znajduje się pięć książek i można je zabrać do domu. Oprócz siatek szwedzkich, można u pań przedszkolanek zamówić siatki z książkami w naszym języku, które zostaną przygotowane przez lokalną bibliotekę. To naprawdę świetne rozwiązanie. Bardzo cieszę się z faktu, że przedszkole zapewnia nam książki w mniejszościowych językach. Odkryliśmy dzięki temu kilka fajnych dziecięcych pozycji, po które raczej nie sięgnęlibyśmy w innym przypadku.


W naszym przedszkolu, podobnie jak w innych szwedzkich, mamy dostęp do internetowego systemu, w którym możemy śledzić postępy dziecka. W systemie zamieszczane są również zdjęcia z wycieczek i zabaw, jednak twarze dzieci zawsze są zamazane. Miło jest śledzić poczynania córki, zwłaszcza, że jeszcze nie potrafi nam opowiedzieć o tym, co robiła w przedszkolu i często musimy zgadywać. 

Dzieci mają swoje rytuały, które wprowadzają porządek dnia. Przykładowo, przed jedzeniem siadają wszystkie w kręgu i śpiewają piosenkę, przekazując sobie z rąk do rąk bębenek, na którym klepią do rytmu. Potem wykonują piosenkę z klaskaniem, tupaniem itp. Na początku moja żywiołowa córka kompletnie nie rozumiała, dlaczego ma siedzieć w kręgu, ale teraz już się przyzwyczaiła i widzę, że nauczyła się sekwencji z różnych piosenek. 


Poza tym przy jedzeniu dzieci bawią się w grę "Gdzie jest...", ucząc się imion wszystkich innych i gestu wskazywania. Takich rytuałów jest zapewne więcej, ale nie mogąc w pełni uczestniczyć w normalnej adaptacji, niestety musiałam zadowolić się tymi obserwacjami. Wiemy też, że dzieci słuchają muzyki i tańczą. Przykładowe hity naszego przedszkola to „Lilla snigel" ( z którego nasza córka nauczyła się wyrażenia „akta dig"): 

https://www.youtube.com/watch?v=iLQt5oFnA-M 

czy „Klappa händerna"

https://www.youtube.com/watch?v=ZUfXtjO-Ct8 .

Podczas adaptacji zauważyłam również wiele elementów, które mają pomóc dziecku czuć się jak w domu. Na drzwiach ponaklejane są plakaty ze zwierzętami, na szafie jest zdjęcie lokalnego autobusu. Moja córka bardzo pozytywnie na nie zareagowała podczas pierwszych dni w przedszkolu. W korytarzu przy wejściu jest plakat Babblarna, szwedzkiego hitu dla dzieci. Wiedząc, że Babblarna są używane w szwedzkich placówkach do nauki mowy, na kilka miesięcy przed rozpoczęciem przedszkola kupiliśmy córce książkę o Babblarna i jedną z maskotek. Plakat Babblarna w przedszkolnym korytarzu był dla niej namiastką domu i entuzjastycznie na niego reagowała (o Babblarna piszę w odrębnym tekście: https://polskamamazagranica.blogspot.com/2020/11/babblarna-szwedzki-fenomen-wspierajacy.html). 


Co było dla nas zaskoczeniem

Początkowym szokiem było dla mnie jedzenie. Nie zrozumcie mnie niewłaściwie: nie jest źle. Jedzenie, jak we wszystkich przedszkolach w okolicy, jest w przeważającej części organiczne i gotuje je codziennie przedszkolna kucharka. Nasza córka dostaje również odrębnie przygotowywane porcje ze względu na swoją nietolerancję pokarmową. Zaskoczyło mnie jednak, że używa się dużo przypraw. Idąc za radami pielęgniarki, unikaliśmy przypraw kompletnie przez pierwszy rok życia córki. W przedszkolu dostaje zaś dania, które nawet wg mnie były bardzo mocno przyprawione. Drugiego dnia adaptacji dzieci na podwieczorek miały hot dogi z ketchupem i musztardą. Niektóre zjadły nawet trzy ich porcje. Byłam w szoku. Popytałam się znajomych i okazało się, że hot dogi to norma w szwedzkich przedszkolach (oczywiście nie są one serwowane codziennie, najczęstszym podwieczorkiem są kanapki). Także nie pozostało nam nic innego, niż to zaakceptować. Co tydzień wywieszane jest menu, także możemy wiedzieć mniej więcej, co je nasza córka. Poniżej zamieszczam kilka przykładowych menu (kliknijcie, aby powiększyć):



Śniadania to zazwyczaj jogurt albo mleko z płatkami lub jajka z kawiorem. My akurat jemy śniadania w domu. Na obiad każdego dnia jest co innego: jedno danie. Może to być makaron z sosem, pulpety mięsne z ziemniakami, jednego dnia zawsze jest ryba, jednego zupa (intrygująco brzmiąca zupa dinozaurowa okazała się zupą szczawiową). Podwieczorek to najczęściej kanapki, czasem hot dogi lub naleśniki. Poza tym dzieci mają dostęp do owoców. Piją wodę i mleko. Soki i słodycze są w przedszkolu nieobecne. Córka jest z jedzenia zadowolona i nie ma z nim żadnych problemów.

Poza jedzeniem niemiłym zaskoczeniem był dla mnie początkowy brak komunikacji w związku z obostrzeniami związanymi z epidemią. Myślę, że można to było lepiej rozwiązać. 

Podsumowanie

Po 2.5 miesiącach w przedszkolu zostaliśmy zaproszeni na rozmowę podsumowującą adaptację naszego dziecka. Podczas tej kilkudziesięciominutowej konwersacji dowiedzieliśmy się, jak dziecko radzi sobie z perspektywy pani przedszkolanki. Oczywiście, wiele kwestii poruszonych podczas tej rozmowy omawiamy również na bieżąco, odbierając dziecko z przedszkola. Adaptacja, mimo początkowych trudności, przebiegła dobrze nie tylko z punktu widzenia rodziców, ale i nauczycieli. Są bardzo zadowoleni z postępów naszej córki i tego, jak zaadaptowała się w grupie.

Dostrzegamy, że córka bardzo się usamodzielniła w przedszkolu. Przejawia zdecydowanie więcej społecznych zachowań. Nauczyła się wielu różnych rzeczy. Po dwóch miesiącach w przedszkolu język szwedzki nie jest już dla niej żadną barierą. Jestem bardzo zadowolona z procesu adaptacji i dialogu z nauczycielami.

Jak wyglądało to u Was?

Prześlij komentarz

0 Komentarze